Poniedziałek, 1 listopad.


            Z pozoru zwykły – niezwykły dzień. Zabiegani ludzie chodzą po grobach bliskich zapalając znicze, jako znak pamięci, szacunku. Odmawiają krótką modlitwę, która powinna łączyć obydwa światy, niestety w praktyce większości ludzi nie ma w niej nic niezwykłego. Dla niektórych to po prostu dzień wolny od pracy, czy szkoły. 
            Wstałam kilka minut po 10, ogarnęłam się i wypiłam łyk kawy. Na cmentarz weszłam z dość dużym, czerwonym zniczem. Godzinę przed mszą już klęczałam przed grobem przyjaciela. Postawiłam na środku jasnego pomnika palący się znicz. Usiadłam na ławeczce obok i wpatrywałam się w tablicę, po policzkach leciały mi łzy rozmazując cały makijaż. Siedziałam nieruchomo do czasu, aż przyszli jego rodzice. W trakcie mszy osoby, które były nam bliskie i również te, których nie znałam przynosili różnobarwne znicze. Szybko cały pomnik był pokryty świecidełkami. Przed 17 wróciłam do domu, zjadłam odgrzany obiad i znów wyruszyłam na cmentarz. Tym razem nie sama. Miałam przy sobie tą lepszą część mojego świata. Symbolicznie postawiliśmy jeszcze jedną malutką lampkę, w duchu odmawiając modlitwę. Wracaliśmy do domu, było już ciemno, więc Adrian postanowił mnie odprowadzić. Później nie pozwoliłam mu wracać, i takim sposobem leżeliśmy i oglądaliśmy przez noc filmy. 

1 komentarz: